O tym jak przegrałam walkę w Lidlu

,,Byłam pierwsza.”- mówi i ciągnie bluzkę w swoją stronę. Ja, z Bianką na rękach, mam ograniczone pole manewru, ale i dość siły, by przyciągnąć ciuszek z powrotem do mnie: ,,Jaka pierwsza? Ktoś to widział?”- odpowiadam. ,,Ja widziałam, faktycznie była pierwsza. A do tego pani się bezczelnie wepchała!”– wtrąca się baba obok, z moherem na głowie. Szkoda, że nie w nią wjechałam wcześniej wózkiem, miałaby za swoje. ,,Pierwsza, nie pierwsza, i tak jest za gruba żeby w nią wejść! Podobnie jak pani.”- odcinam się. I tymi słowami przechyliłam szalę. O tym jak przegrałam walkę w Lidlu

Lidla otwierają o godzinie ósmej. Normalnie mogłabym czekać przed drzwiami piętnaście minut wcześniej i byłabym pierwsza, ale nie tym razem. Dzisiaj jest inaczej- to ten dzień. Czekam na niego od miesiąca, gdy to zamknęli mój ulubiony supermarket i wywiesili karteczkę z napisem ,,Remont”. Odtąd dni nie były już takie same, miałam na co czekać. Taki dzień nie zdarzy się dwa razy, to jedyna okazja. I będę pierwsza. Choćbym miała umrzeć.

Gazetki lidlowskie znam na pamięć (jedyna moja lektura) i wiem, że wszystkie artykuły będą w jakiejś tam promocji. Żadna nowość.  Ale nigdy bym się nie spodziewała, że mojego wymarzonego robota kuchennego przecenią o całe sto złotych. Pewnie rzucą kilka sztuk, pewnie będzie nie do zdobycia. Ale nie dla mnie, jestem zdeterminowana. Tak więc Lidla otwierają o godzinie ósmej, a ja już od siódmej czatuję przed drzwiami. Nie jestem pierwsza.

Na szczęście zabrałam ze sobą wózek z dzieckiem. I wcale nie dlatego, że wzbudza litość i ludzie chętniej wpuszczają mnie przed sobą, oj nie. To już nie te czasy, dzisiaj nie ma w ludziach kultury i poszanowania dla matki z dzieckiem. Lidl to dżungla, a mój wózek to broń. Pcham nim w stronę tych moherowych beretów, próbując je wyprowadzić z równowagi. Zasiana przeze mnie panika daje mi  zazwyczaj kilka sekund przewagi.  Oby tak było i tym razem.

Punkt ósma otwierają się drzwi. Przede mną stoją dwie kobiety i dobrze wiem, że polują na to samo, co ja. Gdy chcą ruszyć w pościg, wjeżdżam im od tyłu wózkiem w pięty. Jedna z nich chce mi przywalić torebką, ale robię unik i wbiegam pierwsza do sklepu. Szok, wszystko jest w innym miejscu, jak teraz znajdę kosz z rzeczami ,,Co tydzień coś nowego?”. Na szczęście nie tylko ja jestem zdezorientowana, trzeba się wziąć w garść. Teraz każdy ma równe szanse.

Widzę to miejsce, widzę je wyraźnie. Jeszcze kilka kroków i złapię w ręce mojego wymarzonego robota. Nagle, nie wiadomo skąd, na moim horyzoncie pojawia się grupa osób, które jest o krok od robotów. Nie uda mi się, jestem za nimi, nie zdążę. Wtem wpadam na genialny pomysł! Robię rozpęd i puszczam wózek w stronę tego tłumu. Wózek z hukiem uderza w dwie osoby, taranując drogę pozostałym. Jest, mam, wygrałam! Już nikt nie ma prawa mi go odebrać, byłam pierwsza. Teraz spokojnie mogę zacząć zakupy, ale…

No właśnie, co z wózkiem? Nie przemyślałam tego, jak będę pchała jednocześnie wózek i niosła moją wymarzoną maszynę? Bianka mi wyje, pewnie wystraszyła się tego huku. No nic, jakoś wytrzyma. Przesuwam ją do tyłu i robota wkładam do gondoli. Dam radę. Jeszcze tylko przejdę się alejką z nowościami i to już będzie wszystko. Ale co to? Z daleka widzę jakieś zamieszanie w drugiej części supermarketu. Biegnę z wózkiem jak szalona i widzę, że rzucili też jakieś koszulki, przecenione o dwadzieścia pięć procent! Tego nie było w gazetce, jestem zrozpaczona. Jak się do nich dostanę?

Postanowiłam wykorzystać dziecko. Wzięłam Biankę na ręce i zaczęłam przeciskać się między kobietami. One, gdy zobaczyły słodkiego bobasa, zapomniały, po co się tu znalazły. Wykorzystałam chwilę nieuwagi i już byłam przy koszyku. Złapałam różową bluzeczkę z koronką, rozmiar M. Złapałam ją w tym samym momencie, co babeczka stojąca obok mnie. Nie poddała się urokowi Bianki, skubana.

,,Byłam pierwsza.”- mówi i ciągnie bluzkę w swoją stronę. Ja, z Bianką na rękach, mam ograniczone pole manewru, ale i dość siły, by przyciągnąć ciuszek z powrotem do mnie: ,,Jaka pierwsza? Ktoś to widział?”- odpowiadam. ,,Ja widziałam, faktycznie była pierwsza. A do tego pani się bezczelnie wepchała!”– wtrąca się baba obok, z moherem na głowie. Szkoda, że nie w nią wjechałam wcześniej wózkiem, miałaby za swoje. ,,Pierwsza, nie pierwsza, i tak jest za gruba żeby w nią wejść! Podobnie jak pani.”- odcinam się. I tymi słowami przechyliłam szalę. Rzuciły się na mnie z łapami, jedna wyrwała mi dziecko, a druga pociągnęła za włosy. Trzecia rzuciła mnie na podłogę, a czwarta zaczęła kopać. I w tym momencie się obudziłam. Bez robota kuchennego i bez różowej bluzeczki, ale za to zalana potem. Oczywiście żartuję.

Żartuję, że to był sen i żartuję, że byłam w Lidlu podczas otwarcia. Ale nie żartuję z tym, ze Lidla otwierają o ósmej, a od siódmej ludzie czatują w kolejce. Godzinę wcześniej. Nie żartuję, że rzucają się na przecenione produkty, jakby to właśnie te rzeczy miały uratować im życie. Nie żartuję, że bardzo często ludzie przestają być ludźmi, gdy idą do sklepu i wyrywają sobie rzeczy z rąk, krzycząc na siebie wzajemnie. Nie żartuję, że widzę, jak ludzie mają w nosie, że kobieta z brzuchem ledwo stoi i za nic w świecie jej nie przepuszczą. Oj nie, przecież straciliby swój cenny czas. Nie żartuję, że robię w Lidlu zakupy i nie raz widzę walki o różne przedmioty. Nie żartuję, ze widzę, jak ludzie łapią po kilka tych samych rzeczy, rozbierają się na środku sklepu i zaczynają przymierzać. Ostatnio NAPRAWDĘ widziałam Janusza, który stał na samych gaciach, bo go żona rozebrała i przymierzała mu koszulkę i spodenki. Niedługo w ogóle ludzie zaczną przychodzić do supermarketu bez ubrań, co by nie tracić czasu na ich ściąganie. I to jest przerażające.

 

 

3 myśli na temat “O tym jak przegrałam walkę w Lidlu

  1. Oj fakt… ile razy nie udało się kupić tego co bym chciała bo było za późno eh , a mąż jak coś chce z narzędzi to faktycznie o 8 idzie 🙂 pozdrawiam

Dodaj komentarz